Kiedyś mnie to spotkało a dziś patrzę na to inaczej

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka. Odezwała się w ciągu dnia, z góry założyłem że będzie chciała skorzystać ze sposobności zostanie u mnie na noc, bo będzie odwiedzała Wrocław. Rozmowa szybko zeszła na pracę i wtedy powiedziała mi, że po 21 latach w mojej dawnej firmie zostanie zwolniona. Bez wielkich emocji w głosie, raczej spokojnie, ale było widać, że to jeszcze do niej nie do końca dotarło. Słuchałem jej i miałem wrażenie, że słyszę samego siebie sprzed dziesięciu lat. Dwadzieścia jeden lat w jednym miejscu to kawał życia. Człowiek przyzwyczaja się do rytmu dnia, ludzi, zasad i nagle to wszystko znika i zostaje pustka. Moja koleżanka mówiła o dezorientacji, o tym, że nie wie, od czego zacząć i czy w ogóle pasuje jeszcze do obecnego rynku pracy. To nie były wielkie dramaty, raczej zwykłe, ciche obawy, które pojawiają się same, nawet jeśli próbujemy je odsunąć.
Dokładnie to samo pamiętam u siebie. Po odejściu miałem wrażenie, że ktoś nagle przestawił mi życie na tryb „pauza – pustka”. Dni zrobiły się dziwnie długie, a myśli zaczęły krążyć wokół co dalej? Trzeba było na nowo nauczyć się mówić o sobie, wysyłać cv, umawiać się na rozmowy i choć z zewnątrz wszystko wyglądało w porządku, w środku z tygodnia na tydzień było coraz więcej niepewności.
Powiedziałem jej, że to normalne, bo po tylu latach zmiana nie jest czymś, co da się ogarnąć w tydzień, potrzeba czasu, żeby poukładać myśli, odzyskać pewność siebie i przyzwyczaić się do nowej sytuacji i nie ma w tym nic dziwnego ani wstydliwego.
Dziś, z perspektywy tych dziesięciu lat, mogę powiedzieć, że tamta zmiana wyszła mi na dobre, choć wtedy absolutnie tak tego nie widziałem. Znalazłem inną pracę, nauczyłem się nowych rzeczy i przede wszystkim zrozumiałem, że jedna firma nie definiuje człowieka na zawsze. Doświadczenie zostaje, nawet jeśli zmienia się miejsce.
Koleżanka jest dopiero na początku tej drogi, ma prawo czuć się zagubiona i zmęczona całą sytuacją, ja wiem jednak, że z czasem wszystko zacznie się układać, może inaczej, niż planowała, ale niekoniecznie gorzej. Skoro mnie się wtedy udało stanąć na nogi, jej też się uda.

Opublikowano Brak kategorii | 1 komentarz

Inny odcień pracy w korporacji

W consultingowym świecie przychodzi czasem dziwny moment, kiedy to tempo codziennych spotkań, prezentacji i deadline’ów nagle zwalnia. Zegar tyka wolniej, skrzynka mailowa milczy, a ty zamiast pędzić z kolejnym projektem, siedzisz na tzw. „ławce”. Z jednej strony brzmi to jak urlop, z drugiej – trochę jak zawieszenie w próżni. To całkiem normalne, choć potrafi człowieka lekko zdemotywować. Oczywiście, w tle zawsze czai się ta ciemniejsza myśl: co, jeśli nowy projekt nie nadejdzie, ale bez paniki – takie okresy zdarzają się każdemu. Czasem rynek zwalnia, czasem projekty się kurczą, a my – konsultanci w stanie spoczynku – uczymy się cierpliwości i tego, że nawet stojąc w miejscu, można wciąż się rozwijać – choć może trochę wolniej i z kubkiem kawy w ręku.

Chodzę do biura, bo muszę – dwa razy w tygodniu, ale prawda jest taka, że właściwie nic tam nie robię. Każdego dnia próbuję nadrabiać zaległe szkolenia, choć w praktyce tylko przeklikuję kolejne prezentacje, szukając choćby złudnego poczucia, że zrobiłem cokolwiek.

W biurze pojawiam się zwykle przed dziesiątą, dzień zaczynam od cappuccino z automatu i obowiązkowych pogawędek z kolegami i koleżankami. Komputer jest włączony, ale maili brak – poza spamem. Nikt mnie nie szuka, nikt niczego ode mnie nie chce, ja też nikogo nie potrzebuję, czy siedzę przy biurku, czy w kuchni, w gruncie rzeczy nie ma to żadnego znaczenia.

Mam sporo czasu na lunch – często naprawdę długi. Czasem przejdę się po galerii, zajrzę do ulubionych sklepów, odwiedzę jakąś wystawę, gdy dopada mnie zmęczenie, wracam do biura, sprawdzam pocztę i zazwyczaj kończy się to kolejną kawą.

Dziś miałem pecha – około czternastej szukała mnie szefowa, chciała czegoś, za co i tak dostałem opieprz, bo nie odpisałem jej natychmiast. Szczerze mówiąc, kompletnie mnie to nie obeszło. Nie spodziewałem się telefonu, a sprawa, z którą przyszła, okazała się kolejną bezsensowną głupotą. Jedyne, czego musiałem wysłuchać, to jej niezadowolenia, że nie odebrałem telefonu za pierwszym razem, bo ona oczekuje reakcji od razu. Na takie podejście szefostwa mam już alergię i coraz mniej mnie to rusza.

Coraz wyraźniej dociera do mnie, że muszę zmienić pracę, bo jeśli nic się nie zmieni, ta bezczynność doprowadzi mnie do szału – jest straszna i działa na mnie bardzo negatywnie.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Zawodowy bezruch miejskiego dżunglera

Zawodowo utknąłem. Tak po prostu. Nie ma dramatu, nieopłaconych rachunków, raty kredytu, syren alarmowych ani szefowej stojącej nad głową z batem. Jest raczej cisza, posucha. Taki moment, w którym wszystko trwa, ale nic się nie wydarza, rozwój – raczej w trybie jałowym. Wyniki i zawodowe sukcesy brzmią jak legenda poprzednich lat.

Projekt, który dostałem w listopadzie, odbił mi się solidną czkawką. Na szczęście zareagowałem szybciej, różowe okulary spadły, a ja poczułem nosem, że coś tu nie gra, walnięta pani dyrektor z Wielkiej Bretfanii, jej nieosiągalne oczekiwania i atmosfera jak przed burzą. Nie trzeba było kryształowej kuli – wystarczyła intuicja i to uczucie, że „coś wisi w powietrzu”.

Zanim doszło do publicznego linczu, zniknąłem z biura na kilka dni. Taktyczny odwrót a po powrocie, spokojnie i bez krzyków, zasugerowałem zmianę roli. Na moje miejsce weszła ona – Grażyna z Grudziądza. Postać barwna, przaśna, mało lotna, za to bezpośrednia, kłótliwa i ewidentnie na wylocie. Dla niej przejęcie moje upierdliwego klienta z całym workiem oczekiwań było jak rzut kością o wszystko. Jej być albo nie być. Ja natomiast nie miałem ochoty kopać się z koniem, udowadniać za wszelka cenę, że klient jest trudny, a pani dyrektor oczekuje czytania w myślach i zgadywania niewypowiedzianych życzeń. Zupełnie nie mój klimat, dlatego pozamiatałem temat, oddałem sprawy Grażynie, zamknąłem drzwi i dla mnie upierdliwy klient przestał istnieć. Grażyna wciąż, od czasu do czasu pyta, co ma robić i odpowiadam jej grzecznie i dyplomatycznie, po czym spuszczam ją na drzewo. Nie moje małpy, nie mój cyrk.

Na zawodowym horyzoncie cisza, chociaż brałem udział w rekrutacji na zewnątrz i był entuzjazm, dwie rozmowy, uśmiechy, magiczne „odezwiemy się” i nastąpiła radiowa cisza czyli klasyk.

I tak na razie odliczam dni do wyjazdu do ciepłych krajów, słońce, luz, nic nierobienie. Po powrocie przyjdzie moment prawdy konfrontacja z zawodową rzeczywistością i decyzja, co dalej, ale to dopiero po powrocie. Na razie w myślach pakuję plecak.

Opublikowano praca | 1 komentarz

Weekend w Krakowie

Od kilku miesięcy razem z bratem planowaliśmy, aby 70. urodziny naszej mamy spędzić inaczej niż zwykle. Chcieliśmy uniknąć scenariusza, w którym spotykamy się we domu przy kotlecie i mizerii albo idziemy do tej jednej, „bezpiecznej” restauracji, akceptowanej przez wszystkich. Marzyło nam się coś bardziej wyjątkowego – dzień, który naprawdę zostanie w pamięci.

Kiedy okazało się, że mogę zorganizować wyjazd do Krakowa, weekend w fajnym hotelu, w innym miejscu i przede wszystkim bycie razem przez trzy dni non stop, pomyślałem: czemu nie? To mogą być naprawdę piękne urodziny dla mamy. Chcieliśmy po prostu spędzić ten czas razem, bez stresu, spiny i odświętnie.

Planowanie zaczęliśmy dużo wcześniej – ja zarezerwowałem hotel, brat zajął się organizacją podróży do Krakowa. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie opóźnienia spowodowane śniegiem i uszkodzeniami trakcji kolejowych. Mimo tych przeszkód w końcu spotkaliśmy się w piątkowy wieczór, na mamę czekał w hotelu piękny bukiet kwiatów, a w prezencie butelka szampana.

W sobotę wybraliśmy się na długi, bardzo przyjemny spacer, zwiedziliśmy podziemny Kraków i po prostu byliśmy ze sobą cały dzień. Wieczorem poszliśmy do naprawdę świetnej restauracji na uroczystą kolację, było bardzo sympatycznie, ciepło i pysznie, jedzenie było znakomite, dokładnie takie, jakie sobie wymarzyliśmy. Właśnie o to najbardziej nam chodziło: wspólny czas, miłe rozmowy i poczucie, że te urodziny są naprawdę wyjątkowe.

Te trzy dni zaskoczyły mnie bardziej niż prognoza pogody. I to nie dlatego, że w Krakowie było zdecydowanie zimniej niż we Wrocławiu, ale dlatego, że ani razu się nie pokłóciliśmy. Zero niesnasek, żadnych słownych przepychanek, nikt na nikogo nie warczał ani dziwnie nie patrzył. Co więcej nie miałem nawet potrzeby ewakuowania się w trybie awaryjnym „byle dalej od rodziny, byle mieć trochę świętego spokoju”.

Kraków przywitał nas mrozem i białymi akcentami, podczas gdy we Wrocławiu śnieg zdążył już przejść do historii. Spacerując po chłodnych ulicach, miałam wrażenie, że to taki mały powrót do prawdziwej zimy – tej z czerwonym nosem i gorącą herbatą w dłoni. To był mój ostatni zimny weekend przed urlopem. Ostatnie czapki, szaliki, ostatnie zmarznięte palce i ostatnie „ale dziś piździ”. Został już tylko tydzień a potem znikam do ciepłych krajów.

Opublikowano Brak kategorii | 9 Komentarzy

Koniec roku 2025

Ostatniego dnia roku zacząłem układać swoje roczne podsumowanie. Z głową pełną wspomnień i z tym charakterystycznym uczuciem niepokoju i ekscytacji. Szczere spisywanie historii i wydarzeń z własnego życia ułatwia mi samopoznanie, wzrost samooceny i dopinguje mnie do zmian. Taka pisemna ekspresja to dla mnie prywatna mapa skarbów, bywa wielce przydana podczas przemiany, bo ułatwia zmianę narracji, daje kopniaka motywacyjnego i pomaga w podbijaniu samooceny. Mogę wracać do myśli zapisanych po dniu, pięciu, miesiącach i dokonać korekty jakiegoś etapu w życiu. Sprawdzać kim wtedy byłem, co mnie bolało a co już dawno przestało.

Dzięki pisaniu mogę śledzić swoje postępy i dostrzegać schematy w swoim zachowaniu i szukać sensownej dalszej drogi życiowej.

Nauczyłem się cieszyć, gdy przyjaciele odwołują spotkanie, zwalniając obie strony z obowiązku życia towarzyskiego. Cieszę się, że zostawiają mnie w spokoju. Gdy słyszę od bliskich, traktujących o mężach i dzieciach, łapię się na tym, że zamiast odczuwać jakiś brak, porażkę, ukłucie „gorszości”, czuję ulgę.

Gdy słucham o wychowaniu lub pracy z neuroaktywną nową generacją z: dysleksją, dyskalkulią, dysortografią czy dysprakcją łeb mi pęka i trudno wynaleźć mi sposób żeby o wszystkim zapomnieć i się zrelaksować.

Im jestem starszy, tym bardziej nabieram przekonania, że jestem jedną z tych osób, którym lepiej jest w pojedynkę. Co więcej potrzebuję bycia samym, żeby rozwijać najlepszą, świeżą zaktualizowaną, wersję samego siebie. Przez wiele lat uporczywie wmawiano mi „normalnie”  to znaczy w parze, według instrukcji i oczekiwań społecznych. Dociera do mnie że marnowanie czasu na żal nie przynosi rezultatów.

Nadal lubię poznawać nowe osoby i nauczyłem się rozumieć, że nie przeszkadza mi czyjeś duże ego o ile dana osoba nie karmi się wykonywanym zawodem, na ten sygnał uczulony jestem jak na pyłki w maju, natychmiast znika zainteresowanie poznawaną osobą.

Szczęście przynosi mnie uczenie się czegoś nowego, obiecałem sobie że co roku będę starał się przyswoić albo nauczyć choćby jednej nowej umiejętności – nie do wszystkiego mam predyspozycje i kompetencje, ale będę próbował zrealizować swój cel…

Tak ostatniego dnia roku zacząłem układać to podsumowanie…

Tuż przed 17.00 w środę, w trakcie szykowania się do wyjścia na sylwestrową domówkę zadzwoniła V. ze Szwajcarii. W drugim zdaniu powiedziała, że przed momentem zmarła K. Trzecia osoba z naszej dawnej szwajcarskiej biurowej ekipy spiskowców. Po tej informacji cały świat zwolnił, sylwester przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Myśli zaczęły krążyć tylko wokół wspomnień, wydarzeń, rozmów, śmiechu sprzed lat i nie byłem wstanie myśleć już o niczym innym.

Opublikowano Brak kategorii | Możliwość komentowania Koniec roku 2025 została wyłączona

Kończąc ten rok

Koniec roku zawsze skłania mnie do małego przestoju i obejrzenia się przez ramię na to, co przyniosło ostatnie dwanaście miesięcy. Patrząc wstecz, czuję dumę i zwykłą, ludzką radość, zwłaszcza gdy myślę o zupełnie nieplanowanym wyjeździe do Kataru. Nigdy bym się nie spodziewał, że los dorzuci mi taką kartę na samą końcówkę roku, była to miła odmiana, solidny zastrzyk adrenaliny, trochę komplikacji i sporo niewiadomych… ale koniec końców wyszedłem z tego cało, bogatszy o kolejne doświadczenie i kilka historii do opowiadania.

Większość zaplanowanych celów udało mi się zrealizować. Owszem, nie dotarłem do Algierii, nie wróciłem do Korei ani Japonii, ale byłem w tylu innych pięknych, egzotycznych miejscach, że nazywanie tego porażką byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe. To był rok pełen nieustającej drogi, zmian i małych zachwytów po drodze.

Zawodowo też nie było nudno. Nowy projekt skutecznie spędza mi sen z powiek – biorę go na klatę, jak trzeba, choć znając firmowe realia, marzy mi się, by jak najszybciej przekazać go dalej i złapać oddech.

A Sylwester? Planowałem Poznań, ale życie znów postanowiło napisać własny scenariusz. Nie dotarłem do Łodzi, nie było teatru, Poznań też odpłynął gdzieś w siną dal. Zamiast tego zostaję we Wrocławiu, w kameralnym gronie, na domowej imprezie, na którą zaprosiła mnie znajoma i brzmi to tak idealne, spokojne domknięcie intensywnego roku.

Opublikowano Brak kategorii | 4 Komentarze

Grudniowe wolne dni

Myślałem, że wyjazdy, przynajmniej na jakiś czas, dobiegły końca. Elastyczność i otwarta głowa okazały się mieczem obosiecznym: praca weszła mi na głowę i z butami. Oczekiwania były proste, ale bardzo brutalne – mam być gotowy zawsze, o każdej porze dnia i nocy, niezawodny, dyspozycyjny, gotowy w każdej chwili wywrócić swoje życie do góry nogami. Plany prywatne – do kosza. Życie osobiste – na pauzie. Byleby dowieźć temat, najlepiej na wczoraj, a potem paść na twarz, ale z satysfakcją, że mi się udało i że wszystko odbyło się na czas.

Nie narzekam i nie żałuję. Ostatnie miesiące były jak jazda bez trzymanki: intensywne, bez chwili nudy, pełne nauki i nowych doświadczeń. Podobała mi się ta adrenalina, ta niepewność, co przyniesie kolejny dzień. Na fali dobrego humoru, poczucia sensu i lekkiego samozadowolenia zgłosiłem się na wyjazd do Indii. Plan wydawał się idealnie skrojony pode mnie. Niestety spalił na panewce. I nagle nie muszę już kombinować, jak wyglądałoby życie i praca w Indiach. Nie zniechęciłem się do takich pomysłów, ale na ten moment nie mam ochoty zakładać rękawic i sprawdzać, czy znów dam radę. Po prostu chce usiąść, złapać oddech i przeżyć życie bez presji.

Coraz częściej nachodzą mnie myśli, że jedno wydarzenie pociąga za sobą kolejne. Czyjaś decyzja, przypadkowy zbieg okoliczności i po latach okazuje się, że to było czyste szczęście. Gdybym kilka lat temu nie poleciał z M. na urlop, nie wsiadłbym do samolotu do Bejrutu, gdybym nie poleciał do Bejrutu, nie usłyszałbym o Lupine. A bez Lupine nie byłoby Syrii, Pakistanu, Iraku, Libii, Afganistanu, Arabii Saudyjskiej ani wszystkich pięciu byłych republik radzieckich. I co najważniejsze – nie byłoby tylu fantastycznych ludzi na mojej drodze.

Podróże w odległe, czasem niebezpieczne zakątki świata przyniosły mi znajomości, które trwają do dziś i otworzyły zupełnie nowy rozdział w moim życiu. Na początku grudnia F. i P. przylecieli do mnie z Londynu na świąteczne jarmarki. Była kolacja, było włóczenie się po mieście, moje ulubione miejscówki i długie rozmowy do późna. A jak to bywa w takich chwilach pojawiły się nowe, wspólne plany podróżnicze: Bangladesz, Bhutan i Afryka Zachodnia, jeśli nie w przyszłym roku, to w 2027, bo potrzeba przygody, nawet jeśli chwilowo u mnie przycichnie, nigdy nie mówi ostatniego słowa.

Opublikowano Brak kategorii | 4 Komentarze

świąteczny czas

Kiedyś gdzieś, ktoś stwierdził półżartem, że w życiu nie zawsze jest szampan. I z czasem zrozumiałem, jak bardzo te słowa są prawdziwe. Lubię myśleć o sobie jako o kimś odważnym, choć widzę, że ta moja „odwaga” to zwykła elastyczność, umiejętność żeglowania między burzami oraz sztuka stwarzania pozorów: że jestem bardziej wykształcony, bardziej pracowity, bardziej gotowy niż w rzeczywistości. A przede wszystkim – umiejętność pracowania w sposób, by się nie przepracować.

Patrząc wstecz, zauważam, że życie rzadko stawia przed nami tylko jedne drzwi wyboru. Przeciwnie – mijamy ich setki. Jedne trzasną nam przed nosem, inne uchylają się na moment, jeszcze inne prowadzą do miejsc i osób, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Drzwi, furtki, dzikie przejścia między światami,, każde takie wejście czy wyjście przenosi nas do innej sfery, gdzie czekają nowi ludzi, nowe nastroje, nowe wersje nas samych.

I przychodzi taki czas, kiedy otwierają się przede mną drzwi, które wymagają nie tyle odwagi, co zasobu przeżyć i dystansu. Z wiekiem łatwiej mi przyjąć ogólny chaos istnienia – więcej we mnie zgody na to, kim jestem, i więcej luzu do wszystkiego, co kiedyś wymagało ode mnie pełnego wysiłku i wewnętrznego spięcia, jakby cały świat czekał na mój ruch. Nadal się martwię, nadal analizuję wszystko w głowie po dziesięć razy, ale już potrafię z tym żyć, i w tym tkwi ta zmiana. To nowe otwarcie – świadomość, że nie będę już kimś zupełnie innym. Ponad połowa życia za mną, więc nie ma sensu udawać, że da się radykalnie przemodelować duszę, są rzeczy, nad którymi już się nie pochylę, bo nie chcę i nie muszę.

Moja praca bywa jak wędka rzucona w nieznane. Chwilami czuję, że to ciężki kawałek chleba, pracuję jak wół i oddaję temu serce, choć oczywiście lubię to, czym się zajmuję. A jednak, kiedy przyglądam się sobie z dystansu, widzę również tę drugą stronę: czasami naprawdę miewam fajowe życie. Zabawne, pełne ludzi, których kocham obserwować i z którymi chce mi się gubić czas.

Właśnie dlatego tak często wracam myślami do mojej biurowej ekipy – ulubionych spiskowców korporacyjnej codzienności. Ostatnio zorganizowaliśmy sobie firmową, świąteczną kolację, w przytulnej knajpce pod wrocławskim nasypem. I może to brzmi szumnie, ale wiem, jak wyjątkowa jest więź, którą tworzymy. Każdy z nas inny, każdy prowadzi osobne życie, a jednak kiedy siadamy wspólnie przy stole, organizujemy wspólny pomysł, coś zaskakuje jakbyśmy tworzyli własną minihistorię, którą potem opowiadamy rodzinom i znajomym. Cieszę się na każde spotkanie, na każdy wspólny pomysł, bo jakkolwiek banalnie to brzmi – po prostu świetnie wychodzi nam bycie razem – lekko, naturalnie, bez wysiłku a efekty zawsze są zaskakująco dobre.

Dlatego pierwszy raz od wielu, wielu lat pozwoliłem sobie na coś tak prostego, a jednocześnie magicznego – wybrałem się na świąteczne jarmarki. Grzane wino, stragany, światełka, śmiech, kolejni ludzie spotykani po drodze. Wspólnie z moją piątkową ekipą przemierzaliśmy trasę naszej eskapady, krok po kroku, stoisko po stoisku, jakbyśmy wracali na chwilę do dziecięcych lat, kiedy zimowe wyjścia miały w sobie obietnicę przygody.

Może w życiu faktycznie nie zawsze jest szampan. Ale czasem jest grzane wino, dobre towarzystwo i świadomość, że te zwykłe chwile tworzą najbardziej niezwykłe wspomnienia.

Opublikowano praca | Otagowano , | 3 Komentarze

Ofiara własnej elastyczności – z biura do łóżka i z powrotem

W końcu się ulało, postawiłem się, powiedziałem wprost: albo wóz, albo przewóz. Ile można być cierpliwym i elastycznym niczym guma do żucia? Granice są po to, żeby ich pilnować, nie mam już siły tłumaczyć, dlaczego w święta chcę być w domu, a nie w Katarze, gdzie Boże Narodzenie nie istnieje nawet w wersji „light”. Posiadanie lub brak rodziny nie ma tu nic do rzeczy, po prostu czasem człowiek potrzebuje karpia, widoku rodziców, a nie palm i 40 stopni w cieniu.

Dwa dni później los, jak to ma w zwyczaju, postanowił się sprawić mi psikusa i rzucił mi nowe wyzwanie – projekt w Londynie. Klient zatrudnił mnie po rozmowie, która trwała 30 minut. Z jednej strony satysfakcja, z drugiej – klasyk: natychmiast musiałem domknąć stare sprawy i ogarnąć nowe. Udało mi się wynegocjować pracę w poniedziałek i wtorek, płatne 200% pomyślałem więc – zdążę, będzie relaks, praca, balans i ekstra premia.

A potem nadeszła sobota, wyszło słońce i wszystko się posypało: cudowne śniadanie we wrocławskiej śniadaniówce, potem spacer, relaks, kino i film edukacyjny o „życiu w rodzinie”, z przesłaniem w stylu: gdyby kobieta słuchała męża, chodziła jak na zegarku, świat byłby lepszy. Po seansie musiałem odreagować – ostrygi na lunch, koktajl w hotelowym barze, niedziela nie mniej upojna.

Wieczorem w niedzielę przyszła kara za grzechy lekkiego życia – katar, osłabienie, ból głowy, czyli klasyczny zestaw „złapałem wirusa, bo za dobrze mi szło”. W poniedziałek ledwo żywy odpaliłem komputer, żeby na pilocie „kontrolować sytuację” czytaj: gapić się w ekran i udawać produktywność. Wieczorem odbyłem spotkanie z kimś ważnym, które całkiem namieszało mi w głowie. We wtorek był dramat, praca szła jak po grudzie, nie mogłem się skupić, a wyrzuty sumienia podpowiadały, że klient płaci, a ja pompuję powietrze i dostarczam pusty wzrok.

Dzisiaj zebrałem się w sobie, przywlokłem do biura, i żeby odkupić swoje grzechy, kupiłem dla znajomych pół blachy szarlotki. Pośmialiśmy się, było miło, ale kiedy usiadłem do biurka… no cóż, mózg nadal odmawiał współpracy. Coraz częściej myślę, że nowy klient wkrótce się mnie pozbędzie, bo zamiast błyszczeć jak środek trwały po tuningu, ja bujam w obłokach.

Opublikowano praca | Otagowano | 9 Komentarzy

Seria niefortunnych przypadków mojego ciała

Ostatnio mam wrażenie, że moje ciało zapisało się na jakiś półmaraton chorób i kontuzji, z nagrodą główną w postaci zestawu leków i pucharu z taśmy. Co kilka dni dopada mnie coś nowego: raz wirus, raz zatrucie, a czasem ból w miejscu, którego bym się nie spodziewał.

Na pierwszy ogień poszedł nadgarstek, prawa ręka postanowiła wziąć urlop zdrowotny bez konsultacji ze mną. Ortopeda obejrzał, zamruczał coś o rehabilitacji, po czym skierował mnie na termin za tysiąc lat. W międzyczasie zdążyłem polecieć do Arabii Saudyjskiej, wrócić i nadgonić parę seriali w internacie. W końcu dałem za wygraną i umówiłem się prywatnie, pan rehabilitant w magiczny sposób poskładał mnie, pokleił różnobarwnymi taśmami jak prezent pod choinkę i po dwóch tygodniach cud, bo nic nie boli, nic nie strzyka, a ja wreszcie mogę spać bez jęków po przebudzeniu.

Potem przyszła kolej na covida, który prawdopodobnie przygarnąłem gdzieś między gate’em 14 a 16, bo po locie zacząłem smarkać i prychać jak stary zdechlak. Ból ucha był bonusem gratis, ale przynajmniej nie musiałem zaiwaniać do pracy, trochę odpoczynku, dużo leżenia i jakoś wyszedłem na prostą.

Ledwo co się pozbierałem, to przyszło zatrucie z gatunku „wyciskacz z życia”. Parę kilo z głowy, odwodnienie, zero siły, tylko elektrolity i nadzieja, że kiedyś jeszcze spojrzę na jedzenie bez strachu.

To nie koniec, był deser – podczas golenia zaciąłem się, nic wielkiego do czasu, aż moja szyja zamieniła się pole uprawy bakterii, z wysypką i krostami w pakiecie. Marzyłem tylko o tym, żeby móc chodzić w golfie i nie pokazywać się ludziom na oczy.

Pogoda zrobiła się nieprzewidywalna, co też nie pomaga, bo raz upał, raz wiatr i klimatyzacja dorzuca swoje trzy grosze. Ciągle coś mnie łapie, a ja próbuję doprowadzić się do stanu używalności.

Byleby jeszcze tylko dociągnąć do końca roku.

Opublikowano Brak kategorii | 15 Komentarzy